your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Serce, serduszko

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego to historia o zwariowanej i zaradnej dziewczynce, mieszkance domu dziecka położonego, można by rzec, „za górami, za lasami”, która zrobi wszystko, a na pewno bardzo dużo, by spełnić swoje marzenie – dostać się do szkoły baletowej. Już na samym starcie Maszka nie ma lekko, mieszkając w wspomnianym domu dziecka „gdzieś na końcu świata”, gdzie dyrektorka oraz dziwaczna wychowawczyni, Kordula, niespecjalnie chcą jej pomóc w realizacji osobistego planu, a do tego wszystkiego – upragniony egzamin do szkoły jest na drugim końcu Polski…

Ten komediodramat, który ma więcej elementów komedii niż dramatu, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść po seansie, posiada trzy mocne strony: zdjęcia, rysunkowe animacje i postać głównej dziecięcej bohaterki, Maszki (Maria Blandzi). I dla tych powodów warto obejrzeć „Serce, serduszko”. Natomiast cała reszta filmu wypada raczej słabo, słabiutko.

Nie ma wątpliwości, że Jan Jakub Kolski potrafi tworzyć w swoich filmach światy magiczne, baśniowe, niesamowite, albo potrafi sprawić, że ten realny wygląda pięknie, jest godny podziwu. Wszystko za sprawą fantastycznych zdjęć, które w przypadku filmu „Serce, serduszko” sprawiają, że w realistycznej, naturalistycznej Polsce dostrzeżemy piękno. Czasami banalne przedmioty, widoki, zdarzenia wyglądają lepiej, niż moglibyśmy sobie wyobrazić, lepiej niż postrzegamy je na co dzień. Cmentarna brama, wijąca się górska droga, obdrapana karuzela, wybita szyba, kiczowaty tort, zaniedbane gospodarstwo – w filmie Kolskiego wydaje się, że stają się ładniejsze, ciekawsze. I to stanowi olbrzymi i chyba największy plus ostatniej produkcji reżysera.

Wartą docenienia stronę wizualną uzupełniają, wręcz współtworzą (zważając na ich treść), animacyjne wstawki – Maszka rysuje historyjki-filmiki, które ożywają na naszych oczach. Są one lekkim, ale istotnym komentarzem do bieżących zdarzeń i odczuć bohaterki. Ożywione rysunkowe historyjki są również wizją marzeń dziewczynki.

Czas jednak na to, co wypadło zdecydowanie słabiej. Zacząć można od tego, że w filmie jest masa scen lub ujęć będących schematami fabularnymi i wizualnymi, które już gdzieś widzieliśmy i niestety, ale zastosowane przez Kolskiego nie wprowadzają do naszej filmowej wyobraźni nic nowego. Odgadujemy, jak zakończy się dane ujęcie i dokąd zmierza dana scena i bynajmniej nie daje nam to satysfakcji, że tak wybornie znamy kino. Z kolei piosenkowe, teledyskowe zakończenie-podsumowanie wydaje się być maksymalnie kiczowate, całkowicie zbędne, te kilka minut przetrzymać można dzięki urokowi głównej bohaterki i z grzeczności – że należy dotrwać do napisów filmu.

Że wszystko jakimś cudem pomyślnie się składa, jesteśmy w stanie wybaczyć, ale w takiej sytuacji oczekiwać można by zaskakujących, dobrze brzmiących i bardzo dobrze zagranych dialogów. Takich, które w połączeniu z ładną stroną wizualną „porwą” nas w wir zdarzeń i nawet jeśli przewidywalnych zdarzeń, to w pewien sposób oczekiwanych przez nas, którym nie mamy za złe, że następują. Jednak nie tym razem. Sztuczne, pretensjonalne, nienaturalnie brzmiące dialogi i sztampowa, przewidywalna gra aktorska dorosłych odtwórców bohaterów sprawia ogromny zawód. Tylko momentami mamy ochotę szczerze się zaśmiać i uwierzyć w to, co mówią oraz robią bohaterowie. Tych dobrych momentów jest za mało. Marcin Dorociński (ojciec głównej bohaterki) i Julia Kijowska (jej wychowawczyni) wypadają schematycznie, karykaturalnie i pretensjonalnie, co skutkuje wręcz kiczem. Podobnie jest z madame Lisiecką (Maja Komorowska) czy też postacią księdza (Borys Szyc). Wiemy, że komizm scen i postaci ma łagodzić tragizm losów Maszki, jednak komizm ten chwilami przechodzi w śmieszność. O roli Pieczki nie bardzo jest co mówić, bo pojawia się na moment. Najmniej karykaturalnie, ale może dlatego, że od początku do końca gra postać zabawną i przerysowaną, wypada pani weterynarz (Gabriela Muskała). Na tle ekipy aktorskiej, przede wszystkim przyćmiewając role Dorocińskiego i Kijowskiej, najlepiej wypada Maria Blandzi: dziecięcym urokiem, naturalnością oraz spontanicznością, którym towarzyszy aktorskie wyczucie, kradnie zdecydowaną większość scen ze swoim udziałem. Tej małej bohaterce wierzymy i kibicujemy.

Parę razy bohaterowie posługują się (praktycznie i w teorii) szantażem emocjonalnym. Posługuje się nim również reżyser, przedstawiając nam tak, a nie inaczej Maszkę – półsierotę z niezaradnym ojcem, która musi sobie sama radzić; Kordulę, która za dużo w życiu przeszła, ojca Maszki, którego los doświadczył ciężko i nie pozostało mu nic innego, jak tylko pić. Można by pomyśleć, że reżyser, mówiąc o graniu na emocjach w celu wzbudzenia litości i zainteresowania, chciał się od takiego zabiegi zdystansować, a jednak nie. Niezjedzony tort, baletki Nadii, dziura w skarpetce, i wiele innych zabiegów zbudowanych jest na wywołaniu u widza konkretnych pokładów emocji. Zatem, cała „gadka” o szantażu – to świadome mrugnięcie do widza? Owszem, a mrugnięcie mamy już na początku. Być może reżyser „mruga” do nas, dając tym samym sygnał, że szantaż emocjonalny, jeśli uświadomiony, jest akceptowalny, że czasami bywa dobry. W końcu gatunek filmowy, w który wpisać można „Serce, serduszko” na szantażu emocjonalnym widza bazuje. Jednak owego szantażu chyba za dużo.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook